#byćjakAudrey
Chyba każdy wie kim jest Audrey Hepburn. Dla mnie jest ona ideałem kobiety. Piękna, mądra, inteligentna, z wielką klasą i talentem. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy w "Śniadaniu u Tiffaniego" zakochałam się w niej. Potem obejrzałam jej wszystkie filmy. I nadal byłam nią kompletnie zauroczona, Każda jej kreacja jest inna, ale każda ma też wielką klasę i jest dopracowana.
Kocham tez jej styl. Mała czarna z pierwszej sceny "Śniadania u Tiffaniego" wisi u mnie w szafie (podobna, ale równie piękna). Czarne cygaretki, balerinki i koszulki w paski to jej znak rozpoznawalny. W mojej szafie mam 7 bluzek w paseczki i z 10 par cygaretek w różnych wariantach kolorystycznych, ale to czarne są najważniejsze.
Audrey jest też moją największa makijażową inspiracją. Te czarne kreski są piękne. Klasyczne, skromne, a jednocześnie robiące cały look (i nie mówie to tylko dlatego, ze tylko tak potrafię się wymalować). No i ta czerwona pomadka, za którą oddałbym wszystko co mam.
Bardzo często wracam do jej filmów. Na każdą chandrę najlepszy jest zestaw wino, popcorn i film z Audrey (koniecznie czarno-biały). Przenoszą mnie one w magiczny świat, świat złotej ery Hollywood.
Zdecydowanie Audrey jest moją idolką, osobą która mnie inspiruje. Obraz z jej wizerunkiem zajmuje honorowe miejsce w moim pokoju. Dla mnie to ona wygrywa starcie z Marlin Monroe dzięki tej delikatności i subtelności.
Lecę oglądać "Śniadanie u Tiffaniego", mimo, że znam je na pamięć, to nie ma nic piękniejszego niż Nowy Jork w deszczu :)
PS - Zwierzakiem domowym Audrey był jelonek. Pippin, bo tak się nazywał, spał w wannie wyścielonej poduszkami.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz